Surrealista

Victor Brauner „Surrealista”, olej na płótnie, 1947. Wystawa “Surrealism and Magic: Enchanted Modernity”, Peggy Guggenheim Collection. Wenecja 2022

Autoportret artysty jako tarotowego Maga władającego czterema żywiołami: ognia (pałeczka – twórcze działanie), ziemi (monety – talent, sukces), wody (kielich – intuicja, miłość) i powietrza (miecz – wiedza, zrozumienie).

 

„Moim obowiązkiem – jako że z zawodu jestem tylko skrzypkiem i bajarzem – było troszczyć się o muzykę w naszej grupie; wtedy właśnie przekonałem się, że wielkie czasy rozwijają małe jednostki i wzmagają ich siły. Nie tylko grałem na skrzypcach i prowadziłem nasze chóry, lecz także zbierałem stare pieśni i chorały, pisałem sześcio- i ośmiogłosowe motety i madrygały i uczyłem się ich na pamięć. Wszakże nie o tym chcę opowiedzieć.
Bardzo lubiłem moich kolegów i przełożonych. Ale właściwie żaden nie utkwił mi tak bardzo w pamięci, jak Leo (…). Na Wschód gnało go pragnienie, by na wzór Salomona nauczyć się rozumienia mowy ptaków. (…) naszym celem bowiem był nie tylko Wschód, czy też raczej: nasz Wschód był przecież nie tylko jakimś krajem czy pojęciem geograficznym, lecz również ojczyzną i młodością duszy, znajdował się wszędzie i nigdzie, był jednością wszystkich czasów. Co prawda zdawałem sobie z tego sprawę tylko od czasu do czasu, ale właśnie te chwile były dla mnie źródłem wielkiego szczęścia, i nimi się wówczas cieszyłem. (…) Kiedy bezpowrotnie tracimy coś cennego, mamy poczucie, jakbyśmy się obudzili z jakiegoś snu. W moim przypadku poczucie to miało charakter wręcz niesamowity. Albowiem tajemnica mojego szczęścia rzeczywiście kryła się w tym samym, co tajemnica szczęścia, jakie zsyłają nam sny, a mianowicie w wolności jednoczesnego przeżywania wszystkiego, co tylko da się pomyśleć, zamieniania, jak w zabawie, świata zewnętrznego i wewnętrznego, przesuwania czasu i przestrzeni niby kulis. Tak jak przemierzaliśmy świat – my, bracia związkowi – nie korzystając z aut ani statków, jak naszą wiarą przezwyciężaliśmy wstrząśnięty wojną świat i zmienialiśmy go w raj, tak też ku bieżącej chwili twórczo przywoływaliśmy rzeczy przeszłe, przyszłe i podyktowane przez fantazję. (…)
Był to jeden z triumfalnych okresów naszej Podróży: byliśmy czarodziejską falą, która porwała wszystko ze sobą, okoliczni mieszkańcy na klęczkach składali hołd pięknu, a pan zamku odczytał wiersz opiewający nasze czyny dokonane poprzedniego dnia; wokół murów zamku tłoczyły się leśne zwierzęta, a w rzece, błyszcząc srebrzystą łuską, pływały uroczyście ławice ryb, które raczyliśmy ciastkami i winem. (…)
Kiedy woń bzu docierała aż do mojej sypialni na wieży zamku w Bremgarten, a poprzez gałęzie drzew dobiegał mnie odgłos rzeki, pijany szczęściem i tęsknotą wychodziłem przez okno w głęboką noc, przekradałem się mimo czuwającego rycerza i śpiących towarzyszy i wychodziłem na brzeg szumiącej wody, do rusałek o jasnych ciałach. A panny wodne zabierały mnie ze sobą do swojej chłodnej niby promienie księżyca, kryształowej ojczyzny, gdzie przebywały nie zbawione i niby we śnie bawiły się koronami i złotymi łańcuchami ze swych skarbców. Zdawało mi się, że całe miesiące byłem w lśniących głębinach ich ojczyzny, i kiedy wynurzałem się i przeniknięty chłodem do szpiku kości dopływałem do brzegu, daleki dźwięk fujarki Pabla ciągle jeszcze dobiegał mnie z ogrodów zamku, a księżyc ciągle jeszcze stał wysoko na niebie. Widziałem Lea, jak bawił się z dwoma białymi pudlami, a z jego mądrej chłopięcej twarzy biła radość. Longusa znalazłem siedzącego w zagajniku z oprawną w pergamin księgą na kolanach, w której pisał greckie i hebrajskie słowa, a ze słów tych wylatywały smoki i wspinały się kolorowe węże. Nie widział mnie, w zamyśleniu malował znaki swego wężowego pisma, a ja długo zaglądałem mu przez jego pochylone ramiona i widziałem, jak z wierszy jego książki wyłaniały się węże i smoki, tarzały się po ziemi i bezgłośnie znikały w krzewach nocy. (…) A nie opodal, pod drzewami, w świetle księżyca przechadzał się Anzelm z irysem w dłoni; na jego ustach błąkał się uśmiech, a jego zafascynowany wzrok pieścił fioletowe wnętrze kielicha kwiatu”.

Hermann Hesse Podróż na Wschód, (1931). Przeł. Jerzy Prokopiuk, (1991)

 

“I, whose calling was really only that of a violinist and story-teller, was responsible for the provision of music for our group, and I then discovered how a long time devoted to small details exalts us and increases our strength. I did not only play the violin and conduct our choirs, but also collected old songs and chorals. I wrote motets and madrigals for six and eight voices and practised them. But I will not give you details of these.
I was very fond of many of my comrades and leaders, but not one of them subsequently occupied my thoughts as much as Leo (…). It was his desire for Solomon’s key which would enable him to understand the language of the birds that had drawn him to the East. (…) For our goal was not only the East, or rather the East was not only a country and something geographical, but it was the home and youth of the soul, it was everywhere and nowhere, it was the union of all times. Yet I was only aware of this for a moment, and therein lay the reason for my great happiness at that time. (…) When something precious and irretrievable is lost, we have the feeling of having awakened from a dream. In my case this feeling is strangely correct, for my happiness did indeed arise from the same secret as the happiness in dreams; it arose from the freedom to experience everything imaginable simultaneously, to exchange outward and inward easily, to move Time and Space about like scenes in a theatre. And as we League brothers traveled throughout the world without motor-cars or ships, as we conquered the war-shattered world by our faith and transformed it into Paradise, we creatively brought the past, the future and the fictitious into the present moment. (…)
It was one of the triumphant periods of our journey; we had brought the magic wave with us; it cleansed everything. The native paid homage on his knees to beauty, the lord of the castle produced a poem which dealt with our evening activities. The animals from the forest lurked close to the castle walls, and in the river the gleaming fishes moved in lively swarms and were fed with cakes and wine. (…)
From the castle’s turrets of Bremgarten, the fragrance of lilac entered my bedroom. I heard the river flowing beyond the trees. I climbed out of the window in the depth of the night, intoxicated with happiness and yearning. I stole past the knight on guard and the sleeping banqueters down to the riverbank, to the flowing waters, to the white, gleaming mermaids. They took me down with them into the cool, moonlit crystal world of their home, where they played dreamily with the crowns and golden chains from their treasure-chambers. It seemed to me that I spent months in the sparkling depths and when I emerged and swam ashore, thoroughly chilled, Pablo’s reed-pipe was still to be heard from the garden far away, and the moon was still high in the sky. I saw Leo playing with two white poodles, his clever, boyish face radiating happiness. I found Longus sitting in the wood. On his knees was a book of parchment in which he was writing Greek and Hebrew characters; dragons flew out of the letters, and colored snakes reared themselves. He did not look at me; he went on painting, absorbed in his colored snake-writing. For a long time I looked over his bent shoulders into the book. I saw the snakes and dragons emerge from his writing, whirl about and silently disappear into the dark wood. (…) And quite apart, under the moonlit trees, Anselm wandered about with an iris in his hand; lost in thought, he stared and smiled at the flower’s purple calyx”.

Hermann Hesse The Journey to the East, (1931). Translated by Hilda Rosner (2003)

 

 

Dodaj komentarz