Nić godzin, porządek lat i światów

Carolina Chocron „Ab ovo”, kolaż, instalacja, 2016. TOBE Gallery (Vienna Contemporary). Wiedeń 2018

„Pytałem sam siebie, która może być godzina; słyszałem gwizd pociągów, który — bliższy lub dalszy — jak śpiew ptaka w lesie, uwydatniając odległości, określał mi rozmiar pustkowia, kędy podróżny spieszy do najbliższej stacji: ścieżka, którą idzie wyryje się w jego pamięci dzięki podnieceniu zrodzonemu z nieznanej okolicy, z niezwyczajnych czynności, z niedawnej rozmowy i z pożegnań w kręgu obcej lampy, biegnących za nim w ciszy nocnej, z bliskiej wreszcie słodyczy powrotu”.

„Zasypiałem na nowo. Czasami miałem już tylko krótkie chwile ocknienia: tyle, aby usłyszeć trzeszczenie wyschłej boazerii, aby otworzyć oczy, wlepić je w kalejdoskop mroku i — dzięki chwilowemu błyskowi świadomości — kosztować snu, w którym pogrążone są meble, pokój, wszystko czego ja byłem tylko cząstką i z czym niebawem znów się łączyłem w bezczuciu. Lub też śpiąc cofałem się bez wysiłku w miniony na zawsze wiek mojego dawnego życia; odnajdywałem któryś z moich dziecinnych lęków, na przykład ten, że wuj pociągnie mnie za pukiel włosów: obawa, której położył koniec dzień — data nowej dla mnie ery — kiedy je obcięto”.

„Człowiek, który śpi, trzyma w krąg siebie nić godzin, porządek lat i światów. Radzi się ich instynktownie, budząc się, i odczytuje z nich w jednej sekundzie punkt ziemi, w którym się znajduje, czas, który upłynął aż do jego przebudzenia się; ale ich szeregi mogą się zmącić, przerwać. Niech nad ranem, po bezsennej nocy, sen zdejmie go podczas czytania w pozycji nazbyt różnej od tej, w której śpi zazwyczaj, wystarczy podniesionego ramienia, aby zatrzymać i cofnąć słońce; i w pierwszej minucie przebudzenia nie będzie już wiedział, która godzina, będzie myślał, że się dopiero co położył. Niech się zdrzemnie w pozycji jeszcze niewygodniejszej i bardziej niezwykłej, na przykład po obiedzie w fotelu — wówczas przewrót w wyważonych z orbit światach będzie kompletny; czarnoksięski fotel pogna z nim z zawrotną szybkością poprzez czas i przestrzeń i w chwili otwarcia powiek będzie myślał, że zasnął kilka miesięcy wprzód w innej okolicy. Ale wystarczało, żeby, nawet we własnym łóżku, sen mój był głęboki i odprężył całkowicie władze ducha; wówczas duch porzucał miejsce, w którym zasnąłem i kiedym się budził w nocy nie świadom, gdzie się znajduję, w pierwszej chwili nie wiedziałem nawet kim jestem; miałem jedynie, w pierwotnej jego prostocie, poczucie istnienia, takie, jakie może drżeć w duszy zwierzęcia; byłem bardziej nagi niż człowiek jaskiniowy; ale wówczas wspomnienie — jeszcze nie miejsca gdzie byłem, ale paru miejsc, które zamieszkiwałem niegdyś i gdzie mógłbym być — schodziło ku mnie niby pomoc z góry, aby mnie wydobyć z nicości, z której nie byłbym mógł wyrwać się sam; przebiegałem w jednej sekundzie wieki cywilizacji, zanim mętnie dojrzany obraz lampy naftowej, następnie koszuli z wykładanym kołnierzem odtworzyły mi z wolna prawdziwe rysy mojego ja”.

Marcel Proust W stronę Swanna, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński (1937)

 

 

„I would ask myself what o’clock it could be; I could hear the whistling of trains, which, now nearer and now farther off, punctuating the distance like the note of a bird in a forest, shewed me in perspective the deserted countryside through which a traveller would be hurrying towards the nearest station: the path that he followed being fixed for ever in his memory by the general excitement due to being in a strange place, to doing unusual things, to the last words of conversation, to farewells exchanged beneath an unfamiliar lamp which echoed still in his ears amid the silence of the night; and to the delightful prospect of being once again at home. (…)
I would fall asleep, and often I would be awake again for short snatches only, just long enough to hear the regular creaking of the wainscot, or to open my eyes to settle the shifting kaleidoscope of the darkness, to savour, in an instantaneous flash of perception, the sleep which lay heavy upon the furniture, the room, the whole surroundings of which I formed but an insignificant part and whose unconsciousness I should very soon return to share. Or, perhaps, while I was asleep I had returned without the least effort to an earlier stage in my life, now for ever outgrown; and had come under the thrall of one of my childish terrors, such as that old terror of my great-uncle’s pulling my curls, which was effectually dispelled on the day—the dawn of a new era to me—on which they were finally cropped from my head. (…)
When a man is asleep, he has in a circle round him the chain of the hours, the sequence of the years, the order of the heavenly host. Instinctively, when he awakes, he looks to these, and in an instant reads off his own position on the earth’s surface and the amount of time that has elapsed during his slumbers; but this ordered procession is apt to grow confused, and to break its ranks. Suppose that, towards morning, after a night of insomnia, sleep descends upon him while he is reading, in quite a different position from that in which he normally goes to sleep, he has only to lift his arm to arrest the sun and turn it back in its course, and, at the moment of waking, he will have no idea of the time, but will conclude that he has just gone to bed. Or suppose that he gets drowsy in some even more abnormal position; sitting in an armchair, say, after dinner: then the world will fall topsy-turvy from its orbit, the magic chair will carry him at full speed through time and space, and when he opens his eyes again he will imagine that he went to sleep months earlier and in some far distant country. But for me it was enough if, in my own bed, my sleep was so heavy as completely to relax my consciousness; for then I lost all sense of the place in which I had gone to sleep, and when I awoke at midnight, not knowing where I was, I could not be sure at first who I was; I had only the most rudimentary sense of existence, such as may lurk and flicker in the depths of an animal’s consciousness; I was more destitute of human qualities than the cave-dweller; but then the memory, not yet of the place in which I was, but of various other places where I had lived, and might now very possibly be, would come like a rope let down from heaven to draw me up out of the abyss of not-being, from which I could never have escaped by myself: in a flash I would traverse and surmount centuries of civilisation, and out of a half-visualised succession of oil-lamps, followed by shirts with turned-down collars, would put together by degrees the component parts of my ego”.

Marcel Proust Swann’s Way, translated by C. K. Scott Moncrieff (1922)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s